12.07.2009
Nowe odkrycia muzyczne
Florence & the Machine "Lungs" - potężne i chwytliwe zaśpiewy. Zero anemii!
Parę piosenek: Kiss with a Fist, Dog Days Are Over, Rabbit Heart
Little Boots "Hands"
Gościówa totalnie kopie w tyłek, tym bardziej że lubi Gary Numana i też ma Tenori-On
Niezobowiązujący melodyjny popik, a poza tym umie śpiewać i nie musi przepuszczać głosu przez kompa.
Parę piosenek: New In Town, Every Little Earthquake , wywiad i parę rzeczy nagranych w chacie
12.07.2009
Georgina
a Little Boots
Pierwsza
kopała w dupę już jak miała
11 lat. To było już 10 lat temu, a teraz już wszyscy o niej zapomnieli.
Patrzysz do wikipedii, a tam nic. Patrzysz na georgina.pl a tam "strona
w przebudowie". Ludzie! Trzymajcie mnie, tak chcecie odnieść sukces?
Patrzcie się na Little Boots, tam gościówa tydzień w tydzień grała
covery w domu na fortepianie, a ludzie podsyłali jej propozycje, czego
cover ma zagrać. Przecież na Youtube wszystko jest za darmo! Przecież
każdy może obejrzeć video z youtube!
A
Georgina? Na youtube jest jedno
wideo wyglądające jakby ktoś z dupy je wygrzebał, a co więcej - na stronę nie
wrzucił go nikt od Georginy, tylko jakiś nędzny fan Wojtek, pewnie z
litości. Yyyyy!
Georgina, weź sobie wynajmij jakichś gości od PR!
12.07.2009
Marek Biliński
Typowy przykład na to, jak w PRL można było robić zajebiste rzeczy, ale
nie było z tego niczego oprócz satysfakcji. Zero kasy, zero kariery.
Gość nagrał w stanie wojennym płytę "Ogród Króla Świtu" z
niesamowitymi jak na owe czasy brzmieniami. Totalny pionier, nikt przed
nim ani po nim tak w Polsce nie grał. W 1984 nagrał "E !=mc2" z
ponadczasowym wręcz kawałkiem "Po drugiej stronie świata". W 1986
nagrał "Wolne Loty", płytę na której zaprezentował swoje nowe
syntezatory i kolejne fajne brzmienia.
A potem co? Dalej nie miał kasy, więc dostał zaproszenie z... Kuwejtu,
żeby uczyć tam na akademii muzycznej.
Nareszcie zgoliłby trochę kasy, tak pewnie sobie pomyślał. Pojechał
tam, była przerwa w nagrywaniu, a potem wojna w Kuwejcie (na szczęście
przyjechał wtedy przypadkowo na wakacje do Polski, tak więc Saddam go
nie dorwał).
I co potem? Koniec działalności. Owszem, nagrał potem jakieś
badziewia w stylu "Mabi plays world hits" (1993). Co to kurwa jest?
Jakie "MABI"?! Król polskich syntezatorów, totalny guru sprzed kilku
dosłownie lat, przystaje na to, żeby na jego płycie nie było nawet jego
nazwiska, w dodatku gra covery jakichś badziewnych piosenek. To też
oddaje istotę schujowacenia, które było odczuwalne w Polsce podczas
pierwszych lat po upadku komunizmu. Nikt nie wiedział za co się brać,
sytuacja była totalnie niepewna.
I przez to wszystko facet, który powinien być teraz znany tak samo
jak Jean-Michel Jarre, pozostaje w zupełnym cieniu. Podczas gdy
Jean-Michel nagrywał swoje płyty i golił ciężkie franki, Biliński,
kolo z wykształceniem muzycznym, mając dwa syntezatorki na krzyż nagrał
w polskich warunkach trzy rewelacyjne płyty i koniec. Nie zgolił kasy,
nie mógł się rozwijać muzycznie, musiał wyjechać na saksy do jakiegoś
lujowego arabskiego kraju. Finito.
Biliński
podczas
stanu wojennego siedział w domu, za oknem jeździły czołgi i skoty,
milicja pałowała gości, a on nagrywał w domowych warunkach awangardową
muzykę.
W tym samym czasie Jean-Michel siedział sobie przy kominku i liczył
banknoty stufrankowe - w przerwach między koncertami w Chinach dla
milionów ludzi.
A niedawno, na 25-lecie Solidarności, zaprosili Jeana-Michela, żeby
zagrał koncert i "A mury runą". Co za gorzka kpina. Czy Francuzi
kiedykolwiek zaprosiliby Bilińskiego? Gówno by zaprosili.
Jean-Michel przyjechał, posmucił, poświecił laserkami, sfotografował
się z Wałęsą, zgolił kasę za koncert, a potem jeszcze raz zgolił za
wydanie płyty z koncertu.
Obecnie Biliński
grywa sporadyczne koncerciki z bandą jakichś kaszaniarzy.
Takie jest życie.
Tylko krytykowany wszędzie LOT zaprosił go
w 2006 roku na obchody swojego 80-lecia i p. Marek zagrał "Wolne loty".
Chociaż to!